„Pokemon: Detektyw Pikachu” jak stare, dobre kryminały 

Cześć wszystkim po drugiej stronie monitorów .  Uwaga, to nie jest wpis o wyborach 2020.  Po pierwsze jeszcze nie wiadomo,  czy wygrał Duda czy Trzaskowski?  Po drugie miałam ciężki dzień, w dniu  wyborów dodatkowo  męczyły mnie oględnie mówiąc dolegliwości żołądkowe, ale i tak głosowałam,  oczywiście na Rafała Trzaskowskiego ( tak samo jak dwa tygodnie temu) i na razie mam dość polityki!                                                                                                                                                   Zamiast tego opowiem wam o filmie „Pokemon :Detektyw Pikachu” , który bardzo mi  się podobał,  co jest dziwne, ponieważ ogólnie nie jestem fanką Pokemonów.  Przez lata ignorowałam ich istnienie, oglądając inne animacje z kraju kwitnącej wiśni,  takie :jak ” Wilcze dzieci” czy „Ruchomy zamek Hauru” .Dopiero pojawienie się  gry „Pokemon go”, o której pisałam na blogu w roku 2016-stym przypomniało mi , że Pokemony  jeszcze istnieją! Wraz  z nastaniem szalonego roku  2020-ego (który jeszcze trwa)  pojawiła się pandemia, w czasie której dałam kieszonkowym potworom drugą szansę. Seriale animowane nie wciągnęły mnie za bardzo,  dopiero „Detektyw Pikachu”, będący połączeniem animacji oraz filmu aktorskiego,  okazał się strzałem w dziesiątkę!                                                              To film dla starszych dzieci i młodzieży z głównym wątkiem kryminalnym i szczyptą mistycyzmu. Tytułowy bohater, mówiący głosem Macieja Sturha, z wdziękiem łączy w sobie poczucie humoru z sarkazmem, wykazuje  przy tym spore podobieństwo do detektywa Marlowa z powieści kryminalnych Chandlera.   Wartka akcja widowiska i urok głównej postaci sprawiły, że po raz pierwszy w życiu polubiłam Pomemony.  Dzięki zanurzeniu się w ich świecie zapomniałam o nudnościach i napięciu wyborczym. To był idealny filmowy początek wakacji, czysty relaks.  Polecam Arabela.

Pożegnanie z „Grą o tron”

Cześć wszystkim po drugiej stronie monitorów . Nie wiem jak u was, ale w  Warszawie często  pada. Można powiedzieć ,że ostatnio dzięki temu  odniosłam sukces,  po latach wykrętów wreszcie nadrobiłam serial „Gra o tron” ! Czy się z tego cieszę? Trudno powiedzieć,  ten serial budzi we mnie bardzo mieszane uczucia. Rozczarował mnie,  oczekiwałam przygody a dostałam kronikę wojenną tyle, że ze smokami i żywymi trupami animowanymi przez Nocnego Króla. Jednak oglądanie „Gry o tron” zapewniło mi rozrywkę w czasie pandemii, więc nie mam na co narzekać.  Lepsza taka rozrywka niż żadna. Miałam ochotę porzucić oglądanie serii po drugim sezonie ,ale mama powiedziała: ”Oglądaj  dolej, to będziesz miała o czym pisać” i miała rację!                                                             Ciekawie wygląda wątek Brana Starka,  to bohater bliski mojemu sercu, ponieważ  podobnie jak ja nie chodzi . Mimo swej niepełnosprawności pokonuje wszelkie przeszkody, przy których zawodzili najdzielniejsi.  Szkoda ,że nie jestem trójoką wroną,  byłoby fajnie . Wracając do tematu, los Brana był dla mnie tak ważny, że trzymał mnie przy serialu nawet wtedy, kiedy się nudziłam. Ostrzeżenie: uwaga dalsza cześć wpisu zawiera spojlery.                                                                                                      Opowieść jest bardzo słodko-gorzka . Historie miłosne w większości kończą się tragicznie lub co najmniej  klapą. Wyjątkiem są żądny wiedzy Samuel Tarly i dziewczyna pochodząca z Wolnego Ludu imieniem  Goździk. Pozostałe pary serialu to jeden wielki klub złamanych serc. Najlepszym przykładem są obie miłości Jona. Z Igrid   podzieliła ich wrogość ludów po przeciwnych stronach Muru, co doprowadziło do jej śmierci w bitwie. Jon i Denerys  również się kochali  nieświadomi swego pokrewieństwa ,a jednak  musiał ją zabić ,ponieważ upojona władzą  oszalała. Najpierw  spaliła miasto , które się poddało, a jej dalsze plany były jeszcze groźniejsze.                                                                                                         Inny przykład znacznie mniej drastyczny to Arya Stark, która rzuciła swojego chłopaka Gendryego i wyruszyła w podróż odkrywać nieznane zakątki świata. Obie skomplikowane relacje miłosne Jammiego  Lanistera przerwała jego tragiczna śmierć.                                                                                 Atuty „Gry o tron” to: smoki,  Nocny Król, piękne krajobrazy z bogactwem różnorodnej architektury, złożone postaci, brudny świat politycznych intryg , Bran Stark, który zostaje  władcą elekcyjnym Zjednoczonych Królestw .                                                                                                                                    Na minus zapisuję fakt, że jest to serial o wielkiej wojnie, więcej tu polityki i bitew niż magii. Książka „Gra o tron” podobała mi się bardziej niż serial mimo, że nie czytałam następnych tomów. Może kiedyś to nadrobię,  na razie serial mi wystarczy.  Zmęczył mnie! Żałuję, że ten kultowy serial mnie zawiódł . Bywa i tak, nie każdy seans jest przyjemnością! Z wakacyjnymi pozdrowieniami Arabela.

Kino w czasach zarazy

Witka przyjaciele,  prawdopodobnie  wiecie, że już od 6 –ego czerwca otwierają się ponownie kina i teatry a ja nie mam pojęcia,  czy mnie to cieszy czy martwi? Niby powinno mnie to cieszyć ,ponieważ zajmuję się pisaniem o kulturze , ale uważam , że rząd otwiera kina za wcześnie. Wirus będzie hulał aż miło! Jak mówią wirusolodzy „Jesteśmy w samym środku epidemii”.  Ja w tej sytuacji nie pójdę do kina ani do teatru nawet za dopłatą, ale ciekawi mnie jak zachowają się inni ludzie? Czy złaknieni normalności udadzą się  licznie do kin i teatrów czy jednak wykażą się nomem omem zdrowym rozsądkiem?  Poza tym kina mają braki  w repertuarze, dlatego w kinach wyląduje horror „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, który od marca można zobaczyć w Internecie. Popieram natomiast kina samochodowe ,które otwierają się jak grzyby po deszczu. To bezpieczniejsze  rozwiązanie dla kinomanów w czasach zarazy. Ja  mam dla  siebie plan alternatywny.  Chcę dalej nadrabiać serial „Gra o tron” (jestem po szóstym sezonie), jak zobaczę całość napiszę o serialu na blogu! Pamiętajcie ,że ten wpis to tylko moja opina.  Jeśli macie wielką ochotę po szóstym czerwca pójść do kina lub teatru zróbcie to. Pozdrawiam Arabela.

„Nomen omen” „Toń” oraz „Płacz” czyli mroczne oblicze Wrocławia według Marty Kisiel

Cześć wszystkim, mimo Koronawirusa  kalendarz  mknie do przodu.  Minął już przełom maja i czerwca,  co prawda trochę dziwny bo naznaczony wyborami ,które się nie odbyły i pandemiczną kwarantanną. Całe to zamieszanie, ponieważ ten leniwy rząd nie chciał ogłosić stanu klęski żywiołowej,  ja na ich  miejscu zrobiłabym to już dawno! Mało tego, polskie radio stosuje cenzurę zdejmując z anteny piosenkę Kazika: „Twój ból jest lepszy niż mój”, co  skutkuje  trzema milionami odsłon w sieci. Jak widać,  żyjemy w świecie bizarnym niczym: „Ostry cień mgły” z piosenki prezydenta Andrzeja Dudy. Tak bywa,  kiedy partia rządząca ma zapędy dyktatorskie. Ech nieważne, dość dygresji!                                                                                                                                                          Na szczęcie nawet w tym zakręconym wirusowo- politycznym świecie są iskierki radości,  jedna z nich to ten blog i fakt, że opublikowałam już ponad 130 wpisów. Drugą iskrą radości jest twórczość Marty Kisiel,  różnorodna jak kalejdoskop i  powalająca uciec od szalonego, realnego świata. Tym razem padło na  najnowszą powieść Marty pt.„Płacz” czyli finał „Cyklu Wrocławskiego”,  na który składają się: „Nomem omen”,” Toń” oraz „Płacz” .                                                                                                            O „Nomen omen” pisałam dwa lata temu, nie byłam wtedy przekonana do lektury, bardziej mrocznej niż się spodziewałam po przeczytaniu jej poprzednich utworów. Dopiero następne tomy „Toń” i „Płacz” pozwoliły mi docenić  potencjał tej serii.                                                                                         „Toń” oczarowała mnie w zeszłym roku. Zgodnie z tytułem serii  akcja rozgrywa się we Wrocławiu w kilku planach czasowych.   Mamy tu wszystko: mroczne tajemnice z przeszłości, zwroty akcji ,podróże w czasie , z których nie każdy powraca. Hitlerowskie skarby, ludzka chciwość, morderstwa i wampiry, niekiedy bardziej ludzkie od ludzi, ta mieszanka robi wrażenie.                                                                      W „Płaczu” wszystko staje się jeszcze bardziej mroczne i intensywne. Z niektórymi bohaterami  ”Toni” trzeba się będzie z bólem serca rozstać. Na osłodę  powraca Salomea Przygoda znana z „Nomen omem”. Ta powieść wymyka się łatwym etykietkom, akcja trillera w połączeniu z klimatem horroru i elementami przygodowej fantastyki tworzy wzbogaconą humorem  unikalną całość.  Marta Kisiel ma talent,  niezależnie od tego czy jej wyobraźnia zaludnia powieści aniołami uczulonymi na własne pierze czy  wampirami z zamiłowaniami do kolekcjonerstwa. Podsumowując,  jeśli chcecie oderwać  się od polityki i pandemii , przeczytajcie „Cykl Wrocławski” Marty Kisiel .Polecam Arabela.

„Bezkrólewie” czyli bizarna przygoda teatralna

Oglądałam strasznie dziwną sztukę w teatrze telewizji. Już sam tytuł „Bezkrólewie” brzmiał niepokojąco a z opisu w gazecie udało mi się przeczytać cytuję :”Dramat nawiązuje do wydarzeń po katastrofie smoleńskiej, nastrojów społecznych i związanych z nimi podziałów”. Do tego dodano zdanie, że sztuka została napisana w 2011-nastym roku . „Bezkrólewie” nigdy nie miało premiery na teatralnych deskach, ujrzało światło dzienne w teatrze telewizji dopiero wczoraj (27-ego kwietnia 2020r). Według słów autora, Wojciecha Tomczyka, ten spektakl ma być satyrą polityczną. Jeśli taki był cel autora, nie udało mu się. Nie widzę tu nawiązań ani do katastrofy smoleńskiej ani tym bardziej aktualnej rzeczywistości. Zamiast tego mamy odlot jak u Witkacego. Świat przestawiony jest bardzo dziwny lub bizarny, jak powiedziałaby Olga Tokarczuk. Sztuka rozgrywa się w alternatywnej wersji współczesnej Polski, gdzie mamy monarchię, ale wybór Karola Wojtyły na papieża przebiegał tak jak w naszym świecie. Po całym kraju rozchodzi się wieść, że król nie żyje a następcy brak. W tym czasie z kraju próbują uciec trzej byli dworzanie króla: Kolo, Glans i Gostek. Niestety parę kilometrów przed granicą psuje się im samochód. W skutek tego noclegu udziela im karczmarz Józef. Kolo zakochuje się w córce Józefa, Justynie, i szybko się z nią żeni. Chcąc podziękować Józefowi za zgodę na małżeństwo z Justyną, próbuje uczynić teścia królem Polski! Co z tego wyniknie? Nie zdradzę za żadne skarby. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Ciekawe rozwiązania zastosowała odpowiedzialna za scenografię i kostiumy Aleksandra Gąsior. Po za grą świateł, mgłą, cale otoczenie jest bardzo umowne , jakby inspirowane stylem z ‘Kabaretu starszych panów”, ale są też elementy całkiem oryginalne. Przykładowo samochód byłych dworzan króla to tak naprawdę taczka i starzy prysznic . Być może da się w tym doszukać pewnej symboliki? Podsumowując bardzo bizarna przygoda teatralna. Polecam Arabela.

„Klub Winx – nowa odsłona”

Cześć, czy czasem przypominacie sobie po latach o jakimś filmie lub serialu a potem ze zdumieniem odkrywacie ,że właśnie powrócił na ekrany po bardzo długiej przerwie? Mnie niedawno spotkało coś takiego. Oglądałam na Netflixie serial „Klub Winx”, włoską animację o młodych czarodziejkach uczących się w szkole magii i walczących ze złem wszelkiej maści. W dużym uproszczeniu jest to damska odpowiedz na serię „Harry Potter”, tyle że animowana. Ta inspiracja była bardzo zauważalna w pierwszych trzech sezonach serialu. Do niedawna produkcja składała się z siedmiu sezonów, na początku tego tygodnia (w poniedziałek 20-stego kwietnia 2020) w telewizji pojawił się kolejny. Podobnie jak w przypadku serialu „Yaba daba dinosaury” dzieje się to po latach , ponieważ stare odcinki serialu powstały w latach 2004-2015, ale w tym czasie zrealizowano trzy animowane filmy kinowe i spin-off zatytułowany „Świat Winx”(też do zobaczenia w internecie), Jak widać przez lata młode wróżki nie dawały o sobie zapomnieć, ciągle były na fali mniejszej lub większej popularności. Może dlatego Netflix planuje produkcję wersji aktorskiej? Póki co wróciła animacja . W starych odcinkach dużo się działo: bohaterki wielokrotnie zyskiwały i traciły magiczne moce, z biegiem lat stały się nauczycielkami magii w szkole, w której dawnej się uczyły. W nowym sezonie dziewczyny zostały narysowane od nowa w stylu mangi (japoński komiks), przez co strasznie trudno określić ich wiek. Nie jestem pewna czy w nowej edycji są dorosłe czy nie, ich dojrzałe zachowanie stoi w sprzeczności z ich wyglądem, ale nowe odcinki też mają swój urok. Wprowadzają nowe, sympatyczne postacie i reanimują stare czarne charaktery. Pozdrawiam Arabela.

„Danuta W”- teatr w czasie pandemii

Witka wszystkim , znowu mam powód, by złapać za klawiaturę. Tym razem chcę się z wami podzielić odczuciami na temat spektaklu „Danuta W.” ,który zobaczyłam w poniedziałek Wielkanocny . Teatr Polonia w ramach wspierania antywirusowej akcji „ Zostań w domu” na ten jeden świąteczny dzień wpuścił sztukę do sieci. Bardzo mnie to uradowało, bo od paru lat nie mogłam się zdecydować, obejrzeć tę sztukę czy nie? Zniechęcały mnie drogie bilety oraz fakt, że poruszam się na wózku. Dużo łatwej jest z teatrem telewizji lub w sieci, kiedy od teatru dzieli jedno kliknięcie w klawiaturę. Nie ma już żadnych wymówek teraz albo nigdy! Z tą myślą w głowie włączyłam komputer w poniedziałek , żeby zobaczyć monodram Krystyny Jandy. Pewne gdybym w czasach przed kwarantanną i wirusem normalnie kupiła bilet i poszła do teatru, nie wiem czy wytrzymałabym do końca. Do tej pory jeśli chodzi o teatr preferowałam raczej komedie. Tymczasem „Danuta W.” to sztuka poważna, chwilami wręcz posępna . Dramat oparty na autobiografii Danuty Wałęsy ukazuje pozornie zwyczajną , silną kobietę uwikłaną w trudną historię powojennej Polski. Dokładne przeciwieństwo tego, co zazwyczaj pociąga mnie w teatrze. Chyba tylko pandemia i kwarantanna pozwoliły mi należycie docenić refleksje zawarte w tym spektaklu, Poruszyły mnie zwłaszcza ostatnie słowa, jakie wypowiada Danuta Wałęsa na scenie, grana przez Krystynę Jandę. Na pytanie czego pragnie, odpowiada:” Chciałabym, żeby Polska była szczęśliwa”. Zdanie dające do myślenia, tak jak cała sztuka . Warta uwagi i zobaczenia na żywo (po zarazie, jak teatry będą znowu działać) Arabela.

Jaskiniowcy odmłodnieli

Cześć. Na przekór panującej w całym kraju pandemii koronawirusa a może właśnie dzięki niej zyskałam na nowo motywację do pisania bloga, skoro gospodarka stoi, to niech chociaż blog ożyje! To moja kotwica normalności w tych szalonych czasach! Dobra, dość tego wstępu, wróćmy do popkultury. Moja ukochana, animowana familia z czasów kamienia łupanego czyli flinstonowie kolejny raz powraca z medialnych zaświatów (mówię kolejny raz, ponieważ jako pierwszy powrót liczę film „Filnstonowie: wielkie łubu- Dubu” animację z 2015 roku”} . Teraz mamy następną odsłonę przygód mieszkańców Skaliska na srebrnym ekranie, nie licząc dwóch filmów aktorskich. Na marginesie film fabularny p.t. „Flnstonowie” można zobaczyć na Netflixie, polecam. W nawiązaniu do głównego tematu czyli serialu „Yaba daba dinozaury” jest to spin-off „Flinstonów” , mający mało wspólnego z oryginalną serią. Nic dziwnego skoro w klasycznej serii Fred i Wilma doczekali się ślubu swojej córki oraz dwójki wnucząt i adoptowali chłopca o imieniu Głazek. W serialu „Yaba daba dinozaury” nasi ukochani jaskiniowcy odmłodnieli a ich dzieci to nastolatki ,które notorycznie wędrują do krainy dzikich dinozaurów czyli na tak zwane „Skałki”, bez wiedzy rodziców. Pomysł na serię ciekawy, bardziej przygodowy niż obyczajowy, zarówno swym charakterem jak i szatą graficzną przypomina serial animowany „Wodogrzmoty Małe”. Niestety, co stało się korzystne dla fabuły, to dla grafiki już niekoniecznie a odcinki za krótkie ( 10 minut każdy). Podsumowując mam mieszane uczucia, co do tej produkcji. Na szczęście Netflix też szykuje nowy serial animowany o Flinstonach, może pójdzie im lepiej? Jeśli jednak macie ochotę zobaczyć „Yaba daba dinozaury” serial leci w każdą sobotę i niedzielę na kanale Bumerang . Pozdrawiam ,ponieważ jest to mój ostatni wpis przed Wielkanocą. Wszystkim moim czytelnikom życzę: zdrowych, spokojnych , rodzinnych i wesołych (pomimo wirusa i kwarantanny) Świąt Wielkanocnych! Arabela. Jako że wpis umieszczam dopiero po Wielkanocy, to moje życzenia dla was choć spóźnione to są szczere.

Wiosna w telewizji

Witka wszystkim, nie tylko w pogodzie mamy piękną wiosnę tej zimy, w świecie mediów też. Telewizja „T.V.N” właśnie dziś, 25-ego lutego, zaprezentowała nową wiosenną ramówkę dla wszystkich swoich kanałów. Wydawałoby się ,że w czasach rosnącej popularności takich usług internetowych jak H.B.O. go czy Netflix zarówno sama telewizja jak i sezonowe pokazy ramówek odejdą do lamusa, tymczasem jest odwrotnie. Widowisko T.V.N. było niczym pokaz mody lub premiera w kinie. Przepych od podłogi po sufit! Szkoda ,że prezentowane programy nie były tak okazałe jak scenografia. Prawie same seriale kryminalne, ile można? Rozumiem , że jest moda na kryminały ,ale co za dużo to nie zdrowo. Seriale typu „Szkoła” czy „19 +” też nie są dla mnie. Dobrze , że wraca program „Milionerzy”, lubię go. Może na „T.V.N .fabuła” będzie coś ciekawego, zobaczymy w marcu. W skrócie zapowiedzi na wiosnę to przerost formy nad treścią!!! Zawiodłam się Arabela. P.S. ramówka T.V.PIS .jeszcze gorsza; era telewizji chyba powoli się kończy? P.S.2 dwa miliardy złotych na telewizję rządową zamiast walkę z rakiem wstyd panie prezydencie Duda! Tekst wstawiony z poślizgiem (napisany w lutym).

W kontakcie z widzem „Szkło kontaktowe”

Cześć wszystkim po drugiej stronie monitorów, jakimś cudem udało mi się wyzdrowieć ,chociaż nie do końca, bo ciągle kaszlę , ale czuję się dużo lepiej. Moim głównym zajęciem nie jest już łykanie antybiotyku i oglądanie „Gry o tron”. Z nową energią chwytam za klawiaturę i wracam ze świeżymi pomysłami. Chcę się z wami podzielić moją sympatią do programu satyrycznego „Szkło kontaktowe”. Skłonił mnie do tego jubileusz piętnastolecia programu, który oglądałam w tvn24 w piątek 24-ego stycznia tego roku. Dotarło do mnie ,że kiedy „Szkło” startowało miałam zaledwie 17 lat! Można więc powiedzieć ,że dorastałam razem z nim. Na początku program trwał tylko pół godziny i nadawany był od poniedziałku do piątku a nie codziennie, tak jak teraz. Dopiero z czasem program zyskał formę, jaką znamy dziś. Pragnę dodać, że „Szkło Kontaktowe” od samego początku przypadło mi do gustu. Wiem ,że Jarosław Kaczyński najchętniej zdjąłby je z anteny, co gorsza zaraził tą ideą część wyborców partii „Prawo i sprawiedliwość”. Gdyby Kaczyńskiemu udało się zlikwidować „Szkło” byłoby mi strasznie żal. Nie tyko dlatego, że kilka razy dodzwoniłam się do studia i mogłam wtrącić swoje trzy grosze do rozmowy prowadzących i nikt nie pytał mnie, na jaki temat chcę rozmawiać. Mogłam mówić, co chciałam! Nie tak jak w emitowanej na antenie „T.VP. Info” żałosnej pseudo kopi „Szkła” o tytule „ W tyle wizji”, gdzie rozmowy są nagrywane a puszcza się tyko te przychylne władzy. Natomiast emitowane na kanale „Super stacja” „Bez ograniczeń” ( też kopia „Szkła”) upadło, ponieważ nie miało miłych prowadzących. Klimat, jaki nadał audycji jej twórca, Grzegorz Miecugow, jest nie do podrobienia. „Szkło kontaktowe” pozwała być na bieżąco w polityce, nie dostając przy tym wrzodów z nerwów, dlatego je lubię ! Pozdrawiam Arabela.