Witam ponownie, upał mąci mi myśli, mimo tych niedogodności mam zamiar pisać z sensem. Jakiś czas temu obiecałam wam wpis o nowej odsłonie przygód rodziny Flinstonów, słowo się rzekło, kobyłka u płotu (a właściwie dinozaur u płotu). Powrót na ekran mojej ulubionej, animowanej familii z epoki kamienia łupanego był dla mnie dużą niespodzianką (bardziej zaskakującą niż wynik meczu Polska – Niemcy na tegorocznym euro; liczyłam na wygraną naszych lub remis, no i był remis). Gdyby ktoś spytał mnie jeszcze dwa lata temu, czy kiedyś zobaczę nowy film rysunkowy o Filnstonach, nie wiedziałabym jak obstawiać, ponieważ pod koniec starej serii Fred i Wilma mają już wnuki i adoptowanego syna! Jednak nasza prehistoryczna rodzina wraca na ekran po latach, więc wyzerowano licznik – „Flinstonowie: wielkie łubu-dubu” to nowe otwarcie serii czyli reeboot, jak to nazywają w branży filmowej. Fred i Wilma znów są młodymi rodzicami. W sieci panuje moda, by narzekać na wznowienia starych animacji. Nie zamierzam tego robić! Owszem, szata graficzna jest gorsza niż w klasycznych odcinkach ale klimat filmu jest super. Wakacyjne perypetie nierozłącznych sąsiadów przeplatają się z karierą Freda i Barneya w zawodach wrestlingu. Trochę szkoda, że mało uwagi poświęcono najmłodszym bohaterom. Podobnie jak na filmie „Muminki na Riwierze”, w czasie sensu bawiłam się świetnie, yabadabadoo! Film polecam nie tylko dzieciom. Arabela.