Egzotyczna siostra „Dziennika Brigdet Jones”

Witka, jeszcze niedawno myślałam, że w lipcu zrobię sobie letnią przerwę w pisaniu, ale nie wytrzymałam w tym postanowieniu długo.  Stało się tak z powodu ciekawej książki. „Ostatnia prawdziwa singielka” to pachnąca egzotyką dalekiego wschodu odpowiedź na „Dziennik Bridget Jones”. Mimo, że historia jest nieco przewidywalna, dzięki swojej oprawie staje się unikalna.

Autorka Lauren Ho opisuje z perspektywy singielki życie bogatych chińskich milenialsów  . Zabawnie jest używać tego słowa wiedząc , że sama  podpadam pod tę kategorię. Milenielsi to bowiem osoby urodzone w latach 1986 -1996,  ponieważ urodziłam się w roku 1987 jestem jedną z nich! Dzięki książce mogłam się przekonać, jak żyją młodzi ludzie w Chinach.  To przykład literatury inkluzywnej, nielubianej przez naszą noblistkę Olgę Tokarczuk. Ostatnio,  narzekając na jakość literatury popularnej, pisarka powiedziała cytuję „Literatura nie jest dla idiotów”  . Pani Olga po części ma rację, bo jej twórczość jest skierowana do tych, którzy oczekują od książek czegoś więcej niż tylko rozrywki. Jednak nie zgadzam się z poglądem noblistki, że każda rozrywkowa powieść musi być złej jakości.

 „Ostania prawdziwa singielka” przeczy tej tezie. Jest dobrze napisana. Czyta się bardzo przyjemnie. Tytułową singielką i narratorką opowieści jest młoda prawniczka Andrea Tang . Ma 34 lata, tyle samo co ja, ale w przeciwieństwie do niej ja mogę robić ze swoim życiem, co chcę.  Andrea natomiast podlega stałej presji rodziny , która domaga się, by dziewczyna jak najszybciej wyszła  za mąż! Podobnie jak w przypadku „Dziennika Bridget Jones” książka ma formę pamiętnika, z tą różnicą, że chińska prawniczka prowadzi go w formie elektronicznej. Co ciekawe w powieści znajdują się liczne nawiązania do kultury zachodu, między innymi do filmu „W głowie się nie mieści”. W utworze Lauren Ho dostrzegam ogromną fascynację młodego pokolenia Azjatów zachodnią cywilizacją w różnych obszarach życia, bohaterowie dodają sobie nawet europejskie imiona. Egzotyka książki wynika głównie z dużych różnic obyczajowych, zwłaszcza w sferze życia rodzinnego , warto przeczytać! Arabela.

„Franek i Finka” wakacji ciąg dalszy

Witka, mamy upalny sierpień a ja wciąż piszę, głownie dlatego, że za mną kolejna fajna książka Anety Jadowskiej „Franek i Finka Szczwane sztuczki”. To drugi tom tej serii, pierwszy był „Cyrk martwych makabresek”, który polecałam wam w czerwcu zeszłego roku. Z dalszymi przygodami Franka i Finki zapoznałam się w czerwcu tego roku, jednak nie miałam wtedy czasu napisać o tej lekturze, ponieważ byłam zajęta innymi wpisami.  Mam dużo pomysłów, o których nie nadążam pisać, dlatego rozważam założenie Podcastu, radiowego programu internetowego, który byłby przedłużeniem tego bloga. Jeśli podoba się wam ten pomysł, napiszcie o tym w komentarzach. Dość tych dygresji!

Wracając do Franka i Finki, tytułowe dzieciaki nadal są na wakacjach w magicznym cyrku swojego dziadka Baltazara Bączka. Po pokonaniu trupy nekromanty Nero Mortusa, co miało miejsce w „Cyrku martwych makabresek”, młodzi bohaterowie mają nadzieję na trochę świętego spokoju. Nie wiedzą nawet jak bardzo się mylą, czyha na nich wnuczka Baby Jagi! Zaklęty zamek czarnoksiężnika, zwodniczy mag, porwania i morderstwo ale też drapieżne gryfy oraz duch, z którymi da się zaprzyjaźnić. Moim zdaniem „Franek i Finka” to najlepsza seria Anety Jadowskiej dla całej rodziny, oba tomy gorąco polecam. Arabela.

Rządowa schizofrenia

Cholera, piszę ten tekst po raz trzeci, ile można? Dwie wcześniejsze wersje kasowałam  niechcący, bo potrąciłam łokciem myszkę! Cała praca jak krew w piach a chciałam tylko ponarzekać na rząd, niby nic prostszego. W końcu do tego celu mi służy cała seria „Kraina bez sensu”. Jak widać czasami życie nie jest łatwe, dlatego zamiast wykorzystywać świeżo wykupiony roczny abonament na „Disney  Plus” (prezent od rodziców na Dzień Dziecka) ja stukam w klawiaturę jak jakieś dzięcioł a wszystko to przez premiera Matusza Morawieckiego i posła Marka Suskiego!!! Morawiecki mówi, cytuję” Nie chcę umierać za wymiar sprawiedliwości, nie opłaca się” a tym czasem Suski mówi: „Wspieram rząd w walce z Unią, która chce zlikwidować Polskę”.  Mam jedno pytanie, czy oni są za czy przeciw U.E.? Już nie wiem. Mama, kiedy spaliła czajnik, zrobiła mniej bałaganu w kuchni niż P.I.S. swoimi rządami w kraju! Czajnik łatwo odkupić, kraj nie łatwo naprawić. Pozdrowienia z Krainy Bez Sensu Arabela.

 P.S. jeśli chcecie odreagować ten polityczny burdel, polecam skecz kabaretu „Neonówka” zatytułowany „Wigilia w Polsce 2022”. Można go zobaczyć na Youtubie, beczka śmiechu a śmiech to zdrowie!

Nowy „Batman” rozczarowanie

Cześć wszystkim po drugiej stronie monitorów, znów jestem trochę chora, ale tym razem to nie Covid,  pospolita grypa. Złapałam ją na Wielkanoc. Pół żartem pół serio mogę powiedzieć, że przyniósł mi ją zajączek wielkanocny. Dobrze, że nie mam już gorączki i mogę pisać. Zdrowieję, dwa dni temu pozwoliłam sobie nawet na lody! Całe szczęście, że mój lekarz o tym nie wie, bo chyba by się na mnie pogniewał. Poprosił, żebym nie jadła nic zimnego. Tak czy siak przez chorobę miałam przerwę w pisaniu i brak pomysłu na nowy tekst.

 Na szczęście obejrzałam nowy film „Batman” z roku 2022 z Robertem Pattisonem w roli tytułowej. Lubię tego aktora, mam do niego sentyment ze względu na film „Zmierzch”, w którym grał główną rolę męską. Liczyłam, że nowy „Batman” też mi przepadnie do gustu, zawiodłam się niestety! Inne blogi kulturalne oraz Tomasz Raczek chwalą ten film a ja czuję się rozczarowana. Co za dziwne uczucie być pod prąd. Oczekiwałam widowiska a dostałam marny kryminał.

 Całe szczęście, że film oglądałam w domu na „HBO max” a nie w kinie. Musiałam go oglądać w trzech podejściach, gdyż na nim przysypiałam. Za pierwszym razem myślałam, że to przez gorączkę, ale za drugim podejściem sytuacja powtórzyła się przy standardowej temperaturze ciała. W wątku kryminalnym brakowało napięcia, zero dreszczyku. Jedynym plusem tej produkcji jest historia namiętności między Kobietą Kotem a Batmanem, rozdarcie między uczuciem a obowiązkiem. Nie polecam Arabela.

 Ps. 1. Konkursu literackiego nie wygrałam, napisane na niego opowiadanie ukazało się na blogu

.Ps.2 na imieniny dostałam dużo książek, więc[l1]  w najbliższym czasie nie zabraknie mi inspiracji do pisania.

 Do następnego wpisu, pozdrawiam.  Arabela.


 [l1]

Kocimiętka

Młoda kobieta marzyła o pocałunku. To nie musiała być wielka miłość, wystarczyła by jej krótka historia namiętności.  Miała na imię Alicja.  Dużo czasu minęło od dnia,  gdy jako dziecko wpadła do niezwykłej nory biegnąc za białym królikiem. Niestety, jako dorosła nie potrafiła już znaleźć bramy do Krainy Czarów.  Obecnie miała 33 lata i bardzo brakowało jej adrenaliny oraz przygód. W każdym sensie, również erotycznym. Czuła jakby przez jej duszę galopował tabun dzikich koni, nad którymi nie potrafiła zapanować. Alicja próbowała odzyskać spokój ducha, ale od medytacji nogi jej  cierpły a w myślach błąkał się dziwnie znajomy uśmiech bez twarzy. Koci uśmiech, na pewno.

 Był czerwcowy  wieczór, za wcześnie na sen i za ciepło.                                                                                                           – Jeśli moim życiem kierują jacyś bogowie, to chyba mają z tego ubaw – pomyślała, gdy lunęło i skręciła w stronę parku. Zamyślona biegła przez skąpane deszczem alejki, nagle zderzyła  się z mężczyzną  pod tęczowym parasolem.

 – Nic pani nie jest?- zapytał  i uśmiechnął się. Ten uśmiech wyglądał tak znajomo, że Alicja pół żartem, pół serio spytała: ”Czy w którymś wcieleniu był pan kotem?”

 -To pytanie jest tak nietypowe, że  zapraszam panią na kawę –powiedział posiadacz tęczowego parasola. Szczupły szatyn, średniego wzrostu o zielonych oczach. Nie wiedziała czemu wydawało jej się, że powinny być niebieskie.

 -Wolałabym gorącą czekoladę –zabrała głos Alicja.

 –Znam fajne miejsce, gdzie ją serwują. To niedaleko –zapewnił  nieznajomy. Kiedy szli do kawiarni dziewczyna przedstawiła się.

 – Olle- odpowiedział chłopak – niektórzy mówią na mnie Olle zmruż oczko.  Jestem kimś w rodzaju „Piaskowego dziadka” sprowadzam na ludzi sny.

 -Jesteś za młody i za przystojny jak na dziadka-zauważyła  ze śmiechem  Alicja, całując go w policzek. Całus pachniał wiśnią i truskawkami.  Przyciągnął ją do siebie, ujął w dłonie jej głowę i delikatnie, nieco nieśmiało musnął jej wargi. Lekko rozchyliła usta i pocałunek Ollego  stał się namiętny, gorący.   Miała ochotę  na więcej buziaków, ale właśnie wchodzili do kawiarni. Gdzieś pomiędzy picem czekolady a pogawędką o życiu, filmach i snach Olle odkrył, że pod wpływem silnych emocji  w towarzystwie tej dziewczyny potrafi zmienić swą fizyczną postać. Kiedy to Alicja pocałowała go w usta, niezauważalnie dla wszystkich obecnych prócz niej samej , nowy znajomy przeobraził się  przy kawiarnianym stoliku w czarnego kota. Wcale jej to nie przestraszyło, w Krainie Czarów widziała  dziwniejsze rzeczy! Przestało padać, więc wrócili do parku na ławeczkę pod wielkim dębem. 

 Całą duszą czuła, że już nigdy nie zapomni tego chłopaka. Ignorując przemianę znowu go pocałowała w usta czy raczej już w pyszczek.  Ollemu chyba się to spodobało, bo zaczął się o nią ocierać, mrucząc przy tym jak prawdziwy kot. Niezależnie  czy  łaskotał Alicję po piersiach ogonem jako kot czy muskał jej ciało wprawnymi dłońmi, jego dotyk silnie działał na jej zmysły. Kiedy emocje nieco ostygły Olle ponownie w ludzkiej postaci nawiązał do wcześniejszej rozmowy. 

-Alicjo, skoro ty jesteś tą słynną Alicją z Krainy Czarów, czy to  możliwe, że ja byłem kotem z Cheshire?  Bo nic z tego nie pamiętam.

 -Niestety nie – powiedziała z przekornym uśmiechem .-Kolor oczu się nie zgadza, tylko uśmiech jest ten sam. – Alicja się roześmiała – Ty masz oczy zielone a kot, którego pamiętam, miał oczy niebieskie. Na dodatek temperament polityka nawykłego do dworskich intryg.

 – Robi się coraz ciekawiej. Czy lubił zadawać zagadki?-  Olle nawinął sobie na palec kosmyk włosów dziewczyny.

 -Tak, lubił a czemu pytasz? Coś sobie przypominasz?

 -Nie.  Zdaje się, że kot, którego spotkałaś to mój dziadek Leon. Do dziś  wątpiłem w opowieści babci o zmieniającym się w kota dziadku. Myślałem, że to bajki ale kiedy sam się przemieniłem, zmieniłem zdanie.

– To po nim masz ten uśmiech. Najpierw widać uśmiech a potem pojawiasz się ty- zauważyła.

 -Czy jak byłaś w Kranie Czarów dziadek cię podrywał?

– Nie, byłam dzieckiem, ale ocalił mi życie przed szaloną Królową  Kier, która próbowała mnie zabić.  Czyli gdyby nie dziadek, to bym cię nie poznał! W takim razie wiem, dokąd pójdziemy następnym razem. Do moich dziadków- zaśmiał się Olle. – Teraz muszę już iść zająć się obowiązkami Tkacza Snów, bo inaczej całe miasto nie zaśnie.

 – Jak ja cię znajdę Olle ?- spytała Alicja.

 – Bardzo prosto, tu masz mój numer telefonu.- to mówiąc chłopak zapisał go na papierowej serwetce, którą włożył Alicji do kieszeni seledynowego żakietu, po czym oboje pocałowali się na do widzenia.

 Następnego ranka, kiedy Alicja wyjęła serwetkę z kieszeni piżamy, zobaczyła wiadomość od Ollego. Prócz numeru telefonu starannym, kaligraficznym pismem dodano: „Alicjo, zadzwoń szybko, inaczej będę cię szukał w króliczej norze”. Nie mogła się doczekać następnego spotkania, wszystko jedno w Krainie Jawy czy Snu.

Koniec            

Katarzyna Światkiewicz 

Nowe nie znaczy gorsze

Cześć wszystkim po drugiej stronie monitorów. Mamy już  lipiec, nastała fala upałów a mnie gardło boli i nie mogę jeść lodów! Ta sytuacja mogłaby wywołać złość i kiepski humor, jest jednak coś, co ratuje mnie przed wybuchem gniewu lub rozpaczy. Serial „Jak poznałam twojego ojca?”, który odkryłam na „Disney Plus”. To następca serialu „Jak poznałem waszą matkę?” , którym zachwyciłam się dwa lata temu .

 W nowej odsłonie serialu pojawia się  następne pokolenie wchodzących w dorosłość ludzi,  wynajmujących  wspólnie mieszkanie w Nowym Yorku. Obie produkcje łączą  ich twórcy, reżyser i scenarzysta oraz miejsca akcji. Mieszkanie, w którym przed laty mieszkał Ted, główny bohater „Jak poznałem waszą matkę”, wraz z przyjaciółmi w nowej odsłonie wynajmuje narratorka opowieści wraz z parą znajomych . Korzystają z tej samej knajpki, w której balowali ich poprzednicy.

 Nowa produkcja to owszem  spin-off „Jak poznałem waszą matkę”, więc nawiązuje do oryginału:  wątek rozwodu kapitana ,Robin udzielająca porad sercowych Sophie, nowej głównej bohaterce,  czy rozwiązanie zagadki pewnego ananasa. Mimo tych smaczków dla fanów serial może funkcjonować jako samodzielna opowieść. Podobnie jak w pierwowzorze mamy dwa plany czasowe i narrację szkatułkową. W roku 2050 dojrzała Sophie, w tej roli znana z „Seksu wielkim mieście” Kim Catral, opowiada synowi o początkach znajomości z jego ojcem. W tym celu cofa się pamięcią do roku 2022, jej młodą wersję gra Hilary Duff. Mimo, że na razie jest dostępny tylko jeden sezon (10 odcinków) już mam ochotę na więcej!

Większość internetowych recenzji twierdzi, że „Jak poznałam twojego ojca” to marna kopia hitowego pierwowzoru i nie warto jej oglądać. Kompletnie się z tą opinią nie zgadzam!!! W poprzedniej odsłonie szczególnie barwną postacią był notoryczny podrywacz i zatwardziały kawaler Barney, w tej roli wyśmienity Nill Patrick Harris. Uważam, że godnym jego następcą jest nieco sztywny i zmanierowany Brytyjczyk Charlie, za wszelką cenę starający się wtopić w środowisko młodych Nowojorczyków. Jego niezdarne wysiłki mają duży potencjał komiczny.  Gorąco polecam, Arabela.

Diagnoza Masłowskiej

Ten wpis upubliczniam z dużym poślizgiem, pisałam go na przełomie marca i kwietnia podczas choroby. Aktualnie jestem już zdrowa.

Jestem chora, może to Covid a może grypa? Nie wiem, oczekuję na wykonanie  testu , ale moja choroba nie oznacza, że rzucam bloga, wręcz przeciwnie. Z nudów postanowiłam coś napisać. Wynik testu na wirusa jutro, co innego z konkursem literackim. W tym przypadku na rozstrzygnięcie muszę poczekać do 12 tego kwietnia!

 Zanim zachorowałam przeczytałam książkę Doroty Masłowskiej „Inni ludzie” . Na porządku szukałam zwiastuna filmu „Inny ludzie” a nie książki. Jednak zamiast zwiastuna wyskoczył mi audiobook. W tym samym czasie w podarunku na Dzień Kobiet dostałam od rodziców marcowy „Twój Styl”, w którym natrafiłam na wywiad z Dorotą Masłowską. Po jego lekturze doszłam do wniosku, że autorka to całkiem interesująca osoba i w związku z tym dam książce szansę. Jak się okazało podjęłam dobrą decyzję, wysłuchałam powieści w trzy dni!

 Książka opisuje kilka dni z życia współczesnej Warszawy. Akcja utworu dzieje się współcześnie między świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem. Wydarzenia są przedstawiane achronologicznie, w różnych momentach akcji skaczemy w czasie. Książka pasuje do pogody, która jest jak w powiedzeniu: „Kwiecień plecień bo przeplata trochę zimy, trochę lata” ,w tym wypadku z naciskiem na zimę. Serio, piękną zimę mamy tej wiosny.

Mimo, iż akcja dzieła „Inni Ludzie” rozgrywa się na początku zimy, nie oczekujcie pogodnej, świątecznej opowieści a raczej jej przeciwieństwa . Podobno autora napisała tę powieść, kiedy miała depresję. Coś w tym jest, bo obraz Polski z perspektywy Warszawy w tej książce jest dość przygnębiający, przy tym trafny a zarazem śmieszy i interesujący. Jeśli miałabym porównać utwór Masłowskiej z jakąś inną literacką publikacją, najwłaściwszym punktem odniesienia byłaby powieść Piotra C. „Pokolenie Ikea”, którą czytałam parę lat temu.

 Naprawdę w trakcie lektury „Innych ludzi” miałam wrażenie , że czytam drugą część  „Pokolenia Ikea”. Główne cechy łączące obie powieści to: dosadny język, krótkie rozdziały, Warszawa jako miejsce akcji, wyraziste, wręcz przerysowane postacie.  Zauważalna różnica to fakt, że „Pokolenie Ikea” dotyczyło młodych, dobrze wykształconych pracowników korporacji, podczas gdy u Masłowskiej spotkamy różne grupy wiekowe i odmienne środowiska, od bogaczy do bezdomnych! Oczywiście nie wiem, czy autorka inspirowała się twórczością Piotra C? Może te punkty styczne to przypadek lub znak naszych czasów? Przedstawione w obu powieściach głębokie podziały polityczne rujnujące relacje międzyludzkie, brak perspektyw i poczucie beznadziejności to diagnoza współczesności w naszym kraju.

  Podsumowując, mam mieszane uczucia po lekturze „Innych ludzi”.  Będąc z natury optymistką nie wiem, co myśleć o tej książce, ale jestem ciekawa jej adaptacji filmowej i na pewno ją obejrzę. No dobra, dość już tych książkowych rozważań. Wracam do łóżka się kurować, bo to jednak Covid a nie grypa. Do następnego razu, Arabela.

Moje spotkania z „Wiedźminem”

Cześć, ostatnio przeczytałam sagę o „Wiedźminie”, która bardzo odbiega od serialu Netflixa. Ponieważ książki przeczytałam po obejrzeniu serialu ich lektura była fascynującą przygodą, bo skala rozbieżności między lekturą a filmem zaskoczyła mnie! To było ciekawe przeżycie, podobna sytuacja miała miejsce, kiedy czytałam „Pamiętniki wampirów”. Okazało się, że książka i film to dwa różne światy. Czy mi to przeszkadza? Nie.
Serial mnie zaciekawił, ale zostawił po sobie niedosyt, który wypełniła seria książek, jednocześnie zmieniając moją perspektywę. Wersja filmowa i jej pierwowzór literacki są jak jing i jang. Cykl książkowy ma plusy i minusy. Przeszkadza mi specyficzny styl pisarski Andrzeja Sapkowskiego, obfitujący w liczne powtórzenia ze zmianą znaczeń oraz pełen archaizmów język, ale świat przestawiony jest barwny i złożony.
To z całą pewnością nie nasz świat, choć dzięki postaci Ciri potrafi się z naszym przenikać w różnych miejscach i czasach zarówno historycznych jak legendarnych (brawa dla Sapkowskiego za twórcze podejście do legend arturiańskich). Poznajemy go w okresie wojny i zbliżających się dramatycznych zmian klimatycznych. Zaludniają go ludzie, czarodzieje, elfy, jednorożce, driady, krasnoludy, gnomy, wampiry, strzygi i cała plejada różnych potworów. Niekiedy straszniejsi od potworów okazują się ludzie.
Przedstawione osoby zmieniają się wraz z rozwojem akcji, są dynamiczne, ich osobowości ewoluują. Zarówno „po jasnej jak ciemnej stronie mocy“ spotykamy sylwetki niejednoznaczne, trudne do oceny etycznej.
Lubię postać Ciri, od dzieciństwa zmagającą się z przeciwnościami losu, okrutnymi wrogami i przypisywanym jej przeznaczeniem. Mimo ogromnych nacisków z wielu stron potrafi odnaleźć własną drogę. Pod wieloma względami przypomina mi Arię z serialu „Gra o tron“. W związku z magicznymi mocami kojarzy mi się z kolei z bratem Arii, Branem, ze wzmiankowanego widowiska filmowego. Intrygujący jest jej rozwój uczuciowy i seksualny, nie wiedziałam czy ostatecznie wybierze dziewczyny czy chłopców? Doceniam fakt, że nigdy nie godzi się z podziałem na męskie i żeńskie role społeczne podobnie jak Aria.
Poeta Jaskier bawi mnie a jego przyjaźń z Geraltem mnie wzrusza. Trubadur przypomina mi osła ze „Shreka”, w tej relacji wiedźmin uosabia wzmiankowanego ogra. Mam mieszane uczucia co do przygód Geralta i spółki (nawiązują nieco do tolkienowskiej „drużyny pierścienia“) , ale uważam, że są warte przeczytania. Ukazane na kartach powieści okrucieństwa wojny, dotykające najsłabszych i niewinnych po obu stronach konfliktu mają silnie pacyfistyczne przesłanie.
Ten cykl powieściowy mógłby nosić podtytuł:“Jak zostałem ojcem w trybie nagłym“ w odniesieniu do wiedźmina i Ciri, analogicznie w wypadku Jenefer:”Jak nie być macochą lecz matką“. Lektura podkreśla, że rodzicielstwo to wybór i postawa a nie więzy krwi. Mimo, że bliższe mojemu sercu są takie autorki fantastyki jak Marta Kisiel i Aneta Jadowska, czytając prozę Sapkowskiego poszerzyłam swoje horyzonty. Ta seria pobudza wyobraźnię, dlatego ją polecam ze wszystkimi powyższymi zastrzeżeniami. Arabela .

Wirtualne trudy dorastania

Gram ostatnio w świetną, ale bardzo trudną grę komputerową, którą dostałam pod choinkę. Gra opowiada o tym, że nie łatwo jest dorastać. Nazywa się „Groving up” co po angielsku oznacza dorastanie. Wcielamy się w niej w dziecko w okresie od narodzin po dorosłość i próbujemy znaleźć równowagę między naszymi pasjami a szkołą i wymaganiami rodziców. Od siebie dodam, że moi rodzice w prawdziwym życiu nie są na szczęście tak surowi i wymagający jak ci z wirtualnego świata i dzięki Bogu! Gra przypomina trochę popularną serię „ The Sims”, ale w przeciwieństwie do niej jest dostępna w języku polskim! Poza tym ma ładniejszą szatę graficzną i muzykę.
Zasadniczym celem rozgrywki jest dotrwanie do końca liceum, nie zawsze się to jednak udaje. Jeśli radość nasza lub rodziców spadnie poniżej zera trzy razy pod rząd rozdanie dobiegnie końca nim ukończymy szkołę! Na szęście po takiej porażce możemy stworzyć nową postać. Każdorazowo przy ukończeniu gry poznajemy dalsze losy głównego bohatera i jego otoczenia. Warto dodać, że szczęśliwe zakończenia należą do rzadkości podobnie jak w prawdziwym życiu. O ile naszej postaci uda się założyć rodzinę i mieć dziecko (możliwy
jest również wariant adopcji) to kontynuujemy zabawę wcielając się w dziecko pierwotnego bohatera.
Program umiejscowiono w latach 90-tych 20-ego wieku, co w osobach w moim wieku (około trzydzieści lat) może budzić nostalgię. Klimatem przypomina film Disneya „W głowie się się nie mieści”. Rozgrywka zapewnia wiele godzin dobrej zabawy. W „Groving up“ można grać przy użyciu jednej ręki, nie wymaga szybkiego klikania, dlatego świetnie nadaje się dla osób niepełnosprawnych manualnie, co wiem z własnego doświadczenia. Polecam, Arabela.

„Ciotka Zgryzotka”

Cześć, koncept tego wpisu powstał w moje urodziny, ale piszę go tak wolno, że Nowy Rok mnie zastał przy klawiaturze, wybaczcie. Mój blog istnieje już 9 lat, sama nie mogę w to uwierzyć!
Żeby oswoić się z nowym domem po przeprowadzce, przeczytałam „Ciotkę zgryzotkę” Małgorzaty Musierowicz. Niecierpliwie czekam na kolejny tom p.t. ”Chucherko”. Niestety nie wiadomo, kiedy się ukaże. Mam nadzieję, że w tym roku. Autorka pisze go już trzy lata, wszystko przez pandemię!
Wracając do samej „Ciotki zgryzotki” na kartach powieści poznajemy Norę Górską (córkę Pulpecjii i Florka). To jej losy i Augusta Podeszwy są kwintesencją tej książki! Jak to zwykle u tej pisarki wykreowała lekturę dla całej rodziny. Nie brakuje wplecenia technicznych wątków, głównie dotyczących elektroniki w życie rodziny Borejków. Ida na skutek utonięcia w kuble z farbą telefonu śle do rodziny liczne e-maile. Za sprawą Augusta Podeszwy na kartach pojawia się motyw nagrywania filmików na Yutube. Powieść spodoba się czytelnikom w każdym wieku, polecam. Dalsze czekanie na „Chucherko” osłodzę sobie przeglądając „Na Jowisza 2: nadal uzupełniam Jeżycjadę”. Spragnionym rodzinnej rozrywki odsyłam do „Ciotki zgryzotki.” Warto dodać, że Małgorzata Musierowicz otrzymała właśnie nagrodę „Skrzydła Dedala” między innmi za „Jeżycjadę”. Arabela.