Kasia zawsze marzyła, że spotka ją coś fantastycznego, ale nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziła , że zaprzyjaźni się z kosmitą a jednak…
Jeszcze kilka miesięcy temu sterowała zwykłymi dronami a nie statkiem kosmicznym swojego przyjaciela Maurycego, o którym do niedawna myślała, że to niezwykły kot. Prawda okazała się tak szalona jak fantastyka a nawet jeszcze bardziej . No bo kto by uwierzył, że kot, którego pół roku temu adoptowała ze schroniska, okaże się kosmitą? Nikt przy zdrowych zmysłach .
Dlaczego odważyłam się pilotować ten statek? Ze względu na przygodę a może nawet bardziej na przyjaciela. Tak jest; Maurycy od dwóch dni był chory i jego łapy nie działały wystarczająco sprawnie. Żeby umilić sobie długą wędrówkę przez Kosmos cofnęła się pamięcią o sześć miesięcy, do czasu, gdy spotkała Maurycego, kota z kosmosu.
To zabawne , że poznali się za sprawą błędu drukarskiego i epickiej porażki Katarzyny. Pracowała wtedy dla znanego polityka Mateusza Kopytko, który mimo , że nie miał pojęcia o kosmosie kandydował do Polskiej Rady Kosmicznej . To właśnie u Kasi zamówił druk ulotek wyborczych oraz rozrzucenie ich w całej Warszawie za pomocą dronów.
To miała być łatwa praca. Niestety w tamtej chwili do akcji wkroczyła siła wyższa, bez uprawnień bawiąca się światem, czasami zwana losem. Los bardzo się nudził i postanowił spłatać komuś psikusa. Padło na Kasię. Tak bywa. Z resztą może to i dobrze? Bez tego zamieszania nie spotkałaby Maurycego lecz nie uprzedzajmy faktów. W wydrukowanych ulotkach czarno na białym stało, że Kopytko to idealny kandydat do Polskiej Rady Komicznej zamiast zamówionej kosmicznej. Śmiechom nie było końca i to był koniec kosmicznej kariery polityka.
Nagły wstrząs przerwał strumień wspomnień Kasi. To był maleńki odprysk asteroidy, który uderzył w bok statku. Huk kolizji i wstrząs obudziły jej kosmicznego kumpla, aż spadł z posłania.
– Co się dzieje?- zadawał sobie w myślach pytanie zaspany Maurycy zbierając się z podłogi statku. Coś musiało znaleźć się na kolizyjnym kursie . Myślał o możliwych szkodach i koniecznych naprawach stając na równe łapy. Bał się o swoją ludzką przyjaciółkę .
– Jaka szkoda, że mój statek nie jest sterowany myślami- powiedział Maurycy sam do siebie w trakcie biegu. Na szczęście, kiedy dotarł do panelu sterowania odkrył, że Kasi nic się nie stało. Poczuł ogromną ulgę. Z radości wskoczył jej na kolana
.- Kasiu jakim cudem nie zauważyłaś obiektu?- zapytał telepatycznie.
– Myślałam o tym, jak się poznaliśmy a to był malutki okruszek skalny.- wyznała Katarzyna szczerze.
-No i wszystko jasne. Historia naszej znajomości pochłonęła cię bez reszty -stwierdził niebiesko umaszczony kotowaty kosmita. Do niedawna sam bym w to nie uwierzył. Ja, znany projektant statków kosmicznych z obcej galaktyki wzięty za kota i mieszkający na ziemi; to brzmi jak żart.
Wtedy odezwała się Kasia – Maurycy, skoro byłeś znanym projektantem, czemu sam wyruszyłeś w Kosmos?
– To przez presję rodziny, konkretnie dziadka. Chciał, żebym budował kosmiczne pojazdy a nie nimi latał. Na domiar złego próbował mnie swatać dla dobra reputacji rodziny i jej firmy. W kłótni z nim wykrzyczałem, że o ożenku nie ma mowy, ale dziadek nie słuchał. Zagroziłem, że ucieknę na inną planetę, nie uwierzył.
Maurycy opowiadał dalej. Jeszcze tego samego wieczora wziął statek z garażu i uciekł. Pędził niemal na oślep przez Drogę Mleczną byle dalej od domu.
– Leciałem długo, aż zobaczyłem małą błękitną planetę. Była śliczna, postanowiłem się zatrzymać. Kasia przerwała pytaniem o to, jakim cudem trafił do schroniska?
-Nie miałem pojęcia , że to schronisko. Początkowo myślałem, że jestem w ambasadzie, koty brałem za dyplomatów. Kasia pękała ze śmiechu. Nie śmiej się – parsknął Maurycy. Wtedy myślałem, że ziemianie są z wyglądu podobni do mnie. Dopiero telepatyczna rozmowa z kotami wyprowadziła mnie z błędu. To istoty dwunogie tu dowodziły, wkrótce miałem się o tym boleśnie przekonać.
Miauczenie stada kotów wzbudziło niepokój pracowników schroniska. Po chwil zwabiona hałasem kobieta podniosła mnie z ziemi i zaniosła do środka budynku , który skojarzył mi się z więzieniem, bo było tam pełno klatek. Próbowałem wyjaśnić pracującym w budynku ludziom, że nie jestem ziemskim kotem lecz przedstawicielem obcej cywilizacji, ale oni byli niewrażliwi na telepatię i nic to nie dało. W moją historię wierzyły jedynie koty. Tak było przez parę dni do póki nie pojawiłaś się ty, Kasiu i uratowałaś mnie! Okazałaś się być jedyną ludzką telepatką, jaką spotkałem.
– Nie Maurycy, ty uratowałeś mnie. Poznałam cię w najgorszym tygodniu w moim życiu, ale nie mam do losu żalu, gdyż nasza przyjaźń to coś fantastycznego.
Taki był początek ich kosmicznej przygody, w której gotowi byli na wszystko, byle razem.
Koniec.
Katarzyna Światkiewicz